Z outdoorowym sprzętem jest jak z dobrym towarzyszem wypraw. Albo możesz na nim polegać, albo wracasz do domu zmarznięty, przemoczony i z poczuciem, że ktoś tu ewidentnie nie odrobił lekcji. Dlatego gdy trafiły do mnie trzy produkty Trekmates – rękawiczki Thaw z Primaloftem, stuptuty Cairngorm GTX oraz peleryna Rove Poncho – postanowiłem przetestować je tak, jak lubię najbardziej. Nie w kontrolowanych warunkach, nie przez pięć minut przed domem, ale tam, gdzie sprzęt nie wybacza słabości: na nocnym marszu na orientację i podczas całodziennego łażenia za żubrami po mokrym, deszczowym lesie.

Rękawiczki

Na start, dosłownie i w przenośni poszły rękawiczki Trekmates Thaw. Zdecydowałem, że zawody na orientację w terenie będą doskonałym poligonem doświadczalnym. Nocny marsz na 25 km to moment, w którym człowiek zdaje sobie sprawę z jednego, że po zmroku zimno potrafi wejść pod skórę szybciej, niż się spodziewasz. Wiedziałem, że jeśli zmarzną mi dłonie, cała zabawa szybko zamieni się w walkę z dyskomfortem. I tu wchodzą wspomniane rękawiczki. Nie dość, że lekkie, kompaktowe to wypełnione ociepliną Primaloft, która naprawdę robi robotę.

Zacznę od detalu, który mnie kupił w 100 procentach. Kompaktowy woreczek z karabińczykiem, który umożliwia przypięcie do szlufki spodni. To niby drobiazg, ale szukanie ich w plecaku to spore wyzwanie, zwłaszcza jak jest tam sporo innych gratów. Dodatkowo zawsze jest ta pokusa, później wyciągnę, na następnym postoju. A na następnym postoju to już ręce są przemarznięte. Dlatego, choć to naprawdę drobiazg, dla mnie był na wagę złota. Dzięki temu miałem je zawsze przy sobie, a gdy temperatura zaczęła siadać po prostu wyciągnąłem je i w sekundę były już na dłoniach. Od razu poczułem, że to rękawiczki robione z myślą o niskich temperaturach. Grzeją szybko i skutecznie, a przy tym nie są pancerne, sztywne ani toporne.

Kolejna zaleta to niewątpliwie palec wskazujący z materiałem do obsługi telefonu. Choć nie korzystałem tego dnia za często z telefonu to jednak w terenie, gdy nie trzeba co chwilę ściągać rękawiczek, bo ktoś napisał lub dzwoni to wielki plus. Nie musiałem zdejmować rękawic, żeby zobaczyć co tam w domu, gdy ja walczę o każdy punkt.

A co z wodoodpornością? Nie mokłem tego dnia tak intensywnie jak przy testowaniu peleryny, ale rękawice radziły sobie świetnie z wilgocią, rosą i chłodnym powietrzem. Do pełnej membrany im trochę brakuje, ale w realnym terenie dały radę w 100 procentach. Lekkość, pakowność i ciepło to trzy zdecydowane cechy, za które można je śmiało polubić.

Stuptuty

Jeśli miałbym wskazać produkt, który podczas nocnego marszu zrobił na mnie największe wrażenie, to zdecydowanie byłyby to stuptuty Cairngorm GTX. Dlaczego? Bo warunki były wprost stworzone dla tego produktu! Mokra trawa, błoto, gałęzie, jeżyny i typowe „chodzenie na szagę”, kiedy mapa pokazuje, że trzeba iść prosto, a rzeczywistość sugeruje, że to raczej walka a nie spacerek.

Ich konstrukcja jest naprawdę przemyślana. Wzmocnione newralgiczne części stuptutów, zwłaszcza wokół kostek i na listwie, Gore-Tex, który oddycha, a jednocześnie nie przepuszcza ani kropli wody, solidny pasek pod butem i dobre dopasowanie. Nic się nie przesuwało, nic nie klapało, nic nie uciskało. 

Najważniejsze to zdecydowanie to, że po kilku godzinach w mokrej, nocnej plątaninie moje nogi były wciąż suche. Przerabiałem wiele marek i modeli i często tak „chroniły” przed wodą z zewnątrz, że nogi pociły się do niewyobrażalnego stanu. Koniec końców nogawki i tak były mokre, lecz nie od zewnątrz a od wewnątrz. W tym przypadku to była czysta przyjemność, którą docenia się już od pierwszego momentu, gdy wejdziesz w wysoką, mokrą trawę i nie poczujesz, jak woda spływa po łydkach aż do skarpet. 

Druga sprawa to zdecydowanie ochrona przed zaroślami. Jeżyny nie miały żadnych szans. Gdybym nie miał stuptutów, mógłbym wrócić z nogami pociętymi jak po spotkaniu z drutem kolczastym.

To sprzęt nie tylko na zimę. To sprzęt na każdą sytuację, w której nogi mają kontakt z mokrym terenem i gęstą roślinnością. Trekmates Cairngorm GTX to „must have” dla kogoś, kto chodzi po lesie nie tylko po ścieżkach.

Peleryna

Test peleryny Trekmates Rove Poncho wypadł w zupełnie innym klimacie. Cały dzień w lesie, tropienie żubrów, ciągły deszcz i brak jakiejkolwiek możliwości przeczekania. Jeżeli coś miało pokazać, czy ta peleryna działa to właśnie był ten dzień.

Pierwsze, co zauważyłem, to jej konstrukcja, inna niż w klasycznych bushcraftowych poncho i to właśnie mnie urzekło. Nie jest rozpinana po bokach, co dla wielu może być minusem, ale dla mnie to był ogromny plus. Dzięki temu deszcz nie wciskał się pod materiał, wiatr nie podwiewał boków, a mokre gałęzie nie dostawały szansy wsunąć się pod poncho. To dla mnie ważniejsze niż możliwość korzystania z niej jako płachty biwakowej. Nie potrzebuję budować z niej schronienia, ma mnie chronić w ruchu.

Kolejny jej atut to możliwość zmieszczenia pod nią małego plecaka. Bez kombinowania, bez rozciągania materiału. I coś, czego brakowało mi w większości poncho, jakie miałem do tej pory, a mianowicie duża kieszeń na piersi. Genialna rzecz. Mapa, telefon, przekąski są ciągle pod ręką, bez konieczności zaglądania do plecaka czy kieszeni.

Po całym dniu w deszczu mogę powiedzieć jedno, to genialny produkt. Byłem suchy, a poncho nie przemokło, nie ociekało i nie kleiło się do ubrania. Po złożeniu ląduje w zgrabnym pokrowcu i nie zajmuje połowy plecaka. 

Choć producent podkreśla, że to model polecany również dla rowerzystów, podczas pieszej wędrówki w terenie sprawdził mi się bardzo dobrze. Nie testowałem jej jeszcze na rowerze, ale jestem przekonany, że i tam wypadnie rewelacyjnie

Każdy z tych produktów jest inny, ale łączy je jedno Trekmates robi sprzęt, który realnie działa w terenie. Rękawiczki Thaw ratują dłonie, gdy temperatura spada i wiatr hula między drzewami. Stuptuty Cairngorm GTX to tarcza przeciwko wodzie, błotu i zaroślom. A peleryna Rove Poncho to odpowiedź na pytanie, czy można chodzić cały dzień w deszczu i mimo to pozostać suchym.

Testowałem je w warunkach, w których trudno udawać, że coś działa, jeśli nie działa naprawdę. A jednak każdy z tych produktów obronił się w praktyce. I to właśnie lubię opisywać najbardziej, nie parametry z katalogu, ale sprzęt, który przechodzi próbę lasu, deszczu i nocnej przygody.

Jakub Długosz,
Kierunek Dzicz